Wydrukuj tę stronę

Ćwierć wieku reportażu. Uczniowie "Kopernika" w finale prestiżowego turnieju we Wrocławiu

12 marca br. w Instytucie Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej Uniwersytetu Wrocławskiego odbył się finał jubileuszowego, XXV Ogólnopolskiego Turnieju Reportażu im. Wandy Dybalskiej. Wydarzenie zgromadziło uczniów szkół średnich z całej Polski – młodych ludzi, którzy chcą opowiadać rzeczywistość w sposób uważny, pogłębiony i odpowiedzialny. Pomysłodawczynią i organizatorką turnieju od 25 lat jest Ewa Obara-Grączewska. Podczas jubileuszowej gali podkreślała, że konkurs od początku był czymś więcej niż literacką rywalizacją. – To lekcja przyjaźni, hojności, empatii oraz kreatywnego i krytycznego myślenia – mówiła.

W ciągu ćwierćwiecza nagrodzono 149 uczniowskich reportaży. Wśród wyróżniających się ośrodków edukacyjnych niezmiennie znajduje się Jarosław. Szczególne sukcesy od lat odnoszą uczniowie przygotowywani przez Danutę  Matusz, których prace regularnie trafiają do finału.

W tegorocznej edycji również nie zabrakło reprezentantów Jarosławia. Wśród nagrodzonych III nagrodę zdobyła Zuzanna Blok za reportaż „Czerwona walizka”. Uczennica I Liceum Ogólnokształcące im. Mikołaja Kopernika w Jarosławiu przygotowywała się do konkursu pod kierunkiem swojej nauczycielki. Nagroda, ufundowana przez Dyrektora Departamentu Edukacji Urzędu Miejskiego, obejmowała m.in. tablet i rysik.

Wyróżnienie otrzymał Kacper Bobecki za reportaż „Zdębiele”. Również jest uczniem I Liceum Ogólnokształcące im. Mikołaja Kopernika w Jarosławiu i pracował pod opieką Danuta Matusz. Wyróżnienie zostało ufundowane przez Dolnośląską Kurator Oświaty i obejmowało specjalne wydania książkowe oraz głośnik.

To kolejny dowód na wysoki poziom uczniów z Jarosławia oraz skuteczność pracy dydaktycznej ich nauczycielki, której podopieczni od lat odnoszą sukcesy w tym prestiżowym konkursie. Jak podkreślają nauczyciele, nauka reportażu zaczyna się od lektury mistrzów gatunku – takich jak Hanna Krall, Ryszard Kapuściński czy Wojciech Tochman – a następnie od prób samodzielnego opisywania świata. Reporter musi być uważnym obserwatorem, który dostrzega to, co umyka innym.  Turniej od lat przyciąga młodych ludzi, którzy chcą wyjść poza szkolny schemat i rozwijać wrażliwość na świat. – W czasach, gdy „ludzie głupieją hurtowo, a mądrzeją detalicznie”, to właśnie tutaj spotykają się ci, którym chce się myśleć więcej i głębiej.

Gala finałowa stała się okazją do nauki, jak ważne jest krytyczne myślenie i otwartość; że warto podejmować się ambitnych zadań. 

Fragmenty najlepszych reportaży:

  • Nagroda dyrektora departamentu edukacji UM „Czerwona walizka”

Nagroda dyrektora departamentu edukacji UM Wrocławia: Zuzanna Blok, I Liceum Ogólnokształcące im. M. Kopernika w Jarosławiu, nauczycielka Danuta Matusz.

– Ludzkie losy bywają skomplikowane. Ludzkie losy, w które wplątana jest wojna, bywają skomplikowane w dwójnasób. Zadaniem reportażysty jest opisanie tych losów, dostrzeżenie ich, szczególnie gdy te pojedyncze wydarzenia wpisane są w szerszy kontekst społeczny i kulturowy, gdy w pojedynczej historii zamknięta jest ogólniejsza prawda. W „Czerwonej walizce” opisano dzieje Natalii – Rosjanki, która najpierw z dalekiego, rosyjskiego Jekaterynburga przeniosła się do ukraińskiego Tarnopola, a potem – z powodu rosyjskiej napaści na Ukrainę – musiała znów uciekać, tym razem do polskiego Tarnobrzegu. W tych peregrynacjach towarzyszyła jej czerwona walizka, symbol zmian, zarówno tych wymarzonych, jak i tych, do których bohaterkę zmusiły okoliczności. W reportażu, złożonym z krótkich, sugestywnie zarysowanych obrazków, udało się pokazać skomplikowaną historię ludzkich losów, które są zarówno indywidualne, jak i zapewne są doświadczeniem wielu osób, którym przyszło żyć w cieniu wojny i związanych z nią migracji – opowiada prof. Arkadiusz Lewicki o „Czerwonej walizce”.

Czerwona walizka

[…] Trzydzieste urodziny. Chatka w górach jest prawie tak przytulna, jak domek babci. Pachnie wilgotnym drewnem, a ze stołu unosi się aromat pieczonych ciast. Na blacie stoi tort, potrawy i butelki z winem, jeszcze nie otwarte. Goście są w naprawdę dobrym humorze. Wiadomość o ciąży przychodzi nagle, bo zamiast świętować, Natalia wymiotuje okrutnie. Mąż jest w innym pokoju, twierdzi, że jest zajęty. Mijają równo dwa lata i dwa miesiące od pamiętnych urodzin. Kobieta urodziła córkę Anitę, a gdy ta miała zaledwie siedem miesięcy, dowiedzieli się o ponownym zajściu w ciążę.

Po narodzinach Artema, Natalia w końcu otrzymuje pobyt stały. Dom męża już nie jest pusty. Tuż za drzwiami – sień wypełniona chłodnym powietrzem i ledwie wyczuwalnym zapachem kobiecych perfum. Ściany i podłoga są z jednego rodzaju drewna – oba skrzypią przy każdym kroku. Na lewo od wejścia stoi masywna szafa, zastępuje regał na buty. Po przeciwnej stronie – bagaże: torby, walizki, plecaki i narty, wszystko to, co zrzucili z siebie zaraz po wejściu do domu. Nic nie zostało ruszone od tamtej chwili. Dzieci natychmiastowo biegną się do swoich pokoi. Natalia włącza telewizor. Anatolij siada na krześle w kuchni – ma problemy z nogą, trudno mu stać. Spogląda przez okno; znad bloków widać lokalne lotnisko, zamknięte od lat. Na telewizorze pojawia się kanał informacyjny. Prezenter mówi szybciej niż zwykle. Jego głos wypełnia pomieszczenie. Komunikat jest krótki. Kilkadziesiąt sekund, może minuta – czas nie istnieje. Szum w głowie zagłusza wszystko inne. Rosja rozpoczęła inwazję. – Jaka wojna? W dwudziestym wieku? – Będzie do miesiąca trwać. – Więcej niż miesiąc nie. Dogadają się jakoś. Natalia tłumaczy spokojnym głosem, albo to ona słucha? Nie jest pewna, czy sama to powiedziała, czy może nikt się nie odezwał. Myśli są tak głośne, że trudno ustalić ich autora. Pokój pogrąża się w grupowych afirmacjach. Wojna zaczyna się dopiero wtedy, gdy rosyjski odrzutowiec przelatuje nad domem. Wszystko nagle staje się realne. Informacje o ostrzałach rakietowych są ważniejsze niż prognoza pogody. Gdyby pobliskie lotnisko nadal działało, prawdopodobnie stałoby się jednym z pierwszych celów – potęguje to uczucie bezsilności. Drogi w Ukrainie stoją w miejscu, stacje paliw są masowo oblegane. Trasy zostają zamknięte, a ze względu na godzinę policyjną trzeba ciągle szukać miejsca na postój. Dwie doby. Teściowie przyjeżdżają pomimo problemów, udaje im się wrócić. W telewizji stale słychać telekamaron „United News”. Anita zdaje się świadoma napiętej atmosfery. Dziewczynka jest mniej rozmówna, przebywa z bratem, nie chce niepotrzebnie stresować rodziców. Natalia ogląda wiadomości. Zmienia pozycję co kilka sekund. Zaciska palce. Pociera kark. Do pokoju wchodzi mąż, a za nim jego rodzice. Teściowa podchodzi bliżej, szuka odpowiednich słów. – Masz piętnaście minut, walizkę sobie i dzieciom spakuj. Jedziesz na czas nieokreślony.

Natalia spogląda na Anatolija, mężczyzna odwraca wzrok. Chaos w głowie Natalii rośnie z każdą sekundą. Nie jest w stanie wykrztusić słowa, przytakuje. Wchodzi do sypialni, nie zapalając światła. Otwiera szafę. Wyciąga czerwoną walizkę, tę samą, którą miała przy sobie podczas przeprowadzki. Jest cięższa, niż pamięta, jakby przez lata wchłonęła cały ten ciężar, który Natalia gorliwie ignorowała – ślub, dzieci i te wszystkie nieprzespane noce. Zamek stawia opór. Szarpie. Raz. Drugi. Zgrzyt. Otwiera się. Przez następny kwadrans słychać jedynie szelest materiałów i stukanie metalowych zawiasów walizki. Pakuje to, co najważniejsze; po dwie kurtki zimowe dla dzieci, kilka par spodni i koszulek, dokumenty, portfel i leki.[…

  • Wyróżnienie dolnośląskiej kurator oświaty. „Zdębiele”

Wyróżnienie – nagroda dolnośląskiej kurator oświaty: Kacper Bobecki, I Liceum Ogólnokształcące im. M. Kopernika w Jarosławiu, nauczycielka Danuta Matusz.

Jurorka Joanna Kuciel-Frydryszak chwaliła tę pracę za „wiarę w ocalającą moc opowieści. Za sugestywne odtworzenie nieistniejącego świata i dostrzeżenie niezwykłości w zwyczajnym losie. Za nastrojowość tekstu i jego zwięzłość, wynikające z wrażliwości i szacunku dla opisywanych przeżyć oraz z chęci zrozumienia i objaśnienia motywacji i traum swojej bohaterki”.

 Zdębiele

[…] Dom pachniał świeżym chlebem, dymem z pieca i świeżym mlekiem. Był z drewna, kryty słomą, trzy izby i sień. W kuchni – największej izbie – zawsze było gwarno. Stół stał na środku, ławy obsypane poduszkami, a przy nich cała gromadka dzieci. – To był mój świat, prosty, ale pełen ludzi. A ludzie byli najważniejsi – wspomina Bogusia. Na ścianach wisiały święte obrazy, w ramkach zrobionych z bibułkowych kwiatów, a w kątach pachniało suszoną miętą i jałowcem. W piecu jeszcze tliły się węgielki po kolacji, a matka krzątała się przy garnkach, mieszając zupę. Ojciec siedział przy piecu, dłubał w drewnie i co chwilę przystawał, by spojrzeć przez okno na dzieci. Podwórko pachniało sianem, obornikiem i wilgotną ziemią. Psy szczekały, kury gdakały, świnie ryły błoto w chlewiku. W sadzie jabłka spadały z trzaskiem, a dzieci zrywały gruszki do fartuchów. Praca w polu była wspólna: ojciec orał końmi, matka wiązała snopy, dzieci zbierały kartofle. Po pracy siadali na miedzy, jedli chleb ze smalcem, cebulę, popijali wodą ze studni. Czasem ojciec opowiadał o dawnych ludziach, o sąsiadach, o dawnych świętach. Bogusia jednak najczęściej uciekała do rysunków. Kawałek węgla, kartka z zeszytu, gazeta – i powstawały konie, domy, kwiaty, cała wieś, którą chciała ocalić w swoim sercu.

– Po co ci te rysunki, Bogusiu? – pytała siostra Marysia, przyglądając się uważnie, czasem zazdrosna.

– Bo w nich mogę mieć świat taki, jak ja chcę – odpowiadała cicho Bogusia, chowając swoje skarby pod siennik.

Czasem dzieci kłóciły się w polu, czasem śmiały, czasem ktoś się przewrócił i płakał. Ale Bogusia siedziała z boku, rysowała patykiem w ziemi domy, które nigdy się nie spaliły. Tak wyglądało jej dzieciństwo: prostota, praca, strach przed światem i schronienie w kartkach papieru.

Sierpniowy wieczór był ciężki, duszny, ziemia jeszcze parowała po całym dniu żniw i pracy w polu. W kuchni pachniało ziemniakami w łupinach, pokrojoną cebulą i świeżym chlebem, a z pieca dobiegał cichy trzask ognia, który miał nie spać przez całą noc. Przy stole siedziała cała rodzina, ławy skrzypiały, a dzieci biegały jeszcze od czasu do czasu po podłodze, trzaskając butami o deski.

Na stole stała miska ziemniaków, dzbanek mleka, pajdy chleba i ogórek kiszony w glinianym garnku. Ojciec zmęczony po całym dniu pracy w polu ułożył ręce na stole i westchnął:

– Koń mi się dziś w bruździe zaklinował… już myślałem, że kark skręci… ledwo go wyciągnął.

Matka dolała mleka do kubków i skrzywiła się:

– Maluch znowu nic nie je… A ino rosnąć trzeba…

Starsza siostra Marysia marzyła o jarmarku:

– Mamo, jo bym poszła jutro na odpust, koleżanki idą, ja bym też chciała. Bogusia siedziała przy stole, palcem rysując kwiatki na okruszkach chleba, chociaż wiedziała, że za chwilę pójdzie spać. Ojciec roześmiał się i klepnął ją po głowie:

– Z tej to gospodyni nie będzie, ino malarka!

Śmiali się wszyscy. […] Nikt nie wiedział, że to ostatnia kolacja w tym domu, że ta zwyczajna cisza i zapach chleba wkrótce zamienią się w ogień […]

Informacja prasowa: I Liceum Ogólnokształcące im. Mikołaja Kopernika w Jarosławiu